.....
Do snów są klucze.
Jawa otwiera sie sama
i nie daje sie domknąć.
Sypią się z niej świadectwa szkolne i gwiazdy,
wypadają motyle
i dusze starych żelazek,
bezgłowe czapki
i czerepy chmur.
Powstaje z tego rebus
nie do rozwiązania. ( W. Szymborska)
Od jakiegoś czasu odnoszę wrażenie, że mój blog umiera śmiercią naturalną.
Przyznaje, że coraz rzadziej piszę. Przyczyna jest prozaiczna. Brak czasu.
Odwiedzam jednak blogi, które lubię. Na komentowanie niestety zwykle nie mam czasu, albo po prostu siły. A na takie czynne branie udziału w dyskusji komentarzowej, zwłaszcza na onecie, potrzeba jednak trochę wolnego czasu.
Czasami nawet mam ochotę wtrącić własne zdanie, ale dyskusja w komentarzach, między starymi znajomymi, dyskusja o niczym skutecznie mnie zniechęca. Nie lubię nikomu kadzić, w nadziei na rewanż. Nie jest mi on wcale potrzebny do szczęścia.
Zauważyłam ostatnio, że na kilku blogach zniknęłam z linków. Czyżbym została wykluczona z dobrego towarzystwa? No cóż, przeżyję to.
A na świecie zima. Śnieg sypie cały czas i zamienia w bajkę zaokienny krajobraz. Dawno takiego nie widziałam. Jest cudnie.
Idę ulepić bałwana.
:-))
W ogóle nie czuję, że zaczął się nowy rok. Przecież nic się nie zmieniło, oprócz daty.
W moim życiu też pewnie się nic nie zmieni.
Koncert noworoczny z Wiednia jakiś taki pozbawiony magii i uroku.
Co się to porobiło?
Piję herbatę z rumem i cytryną, kicham, kaszlę i wyglądam okropnie.
Właśnie słyszę marsza Radeckiego. Rok 2010 został uroczyście otwarty!
Ale co z nim zrobić i czym zapełnić?
Po świątecznym lenistwie wracam do codziennych obowiązków. Przyznam, że niechętnie. Pocieszam się tylko tym, że za dwa dni sylwester.
Tylko czy ja się słusznie cieszę? Na wielki bal się nie wybieram, prywatki emeryckiej w domu nie urządzam, nie znalazł się ani jeden samotny dziadek, który zaprosił by mnie na zabawę. Może to i lepiej, bo co to za zabawa z dziadkiem :-)
Syn wybiera się na kilka dni do Wiednia, córka spędzi ten dzień z dziećmi, były mąż jak zwykle opije się jeszcze z samego rana. Więcej kandydatów do towarzystwa jakoś nie widzę. Spędzę więc ten wyjątkowy wieczór sama. W domu.
Szkoda tylko, że nasza telewizja nie przewidziała programu dla takich dziwaków jak ja. Przecież nie będę słuchała zwariowanej ,tanecznej ,nowoczesnej muzyki przez kilka godzin, siedząc w fotelu. Zatańczyć mogę jedynie z miotłą.
Jakie to szczęście, że umiem czytać :-))
A będę czytać to:
Moja chińska róża ( bo tak się podobno nazywa) piękne ma kwiaty, tylko bardzo szybko przekwitają.
A co u mnie? Czasu brak. Nie mam nawet kiedy posprzątać, Jak się okazało to jest nawet bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, ponieważ moja administracja właśnie teraz, przed samymi świętami zaplanowała remont klatki schodowej. Skrobanie ścian, cementowanie dziur, wymiana drzwi. Wszystkimi szparami wciska sie do mieszkania biały pył, przyczepia sie do butów, i nie ma nawet wycieraczek, aby te buty nieco otrzepać. Jednym słowem będę miała białe święta i na zewnątrz i w mieszkaniu :-)
Miłego sprzątania wszystkim życzę
:-)
Blogi mnożą mi się jak króliki i po blogosferze sobie samopas hasają.
Nie mam czasu. No nie mam czasu na przyjemności, na rozrywkę. Trzy etaty do obskoczenia!
A przecież trzeba jeszcze po drodze wpaść do fryzjera, kosmetyczki czy sklepu. Jeżeli już nie po chlebek to z pewnością po kosmetyki. One zawsze dodają mi siły do pracy i apetytu na życie.
:-)
Byle do świąt...wtedy na kilka dni zalegnę na kanapie i żadna siła mnie stamtąd nie ruszy.
Zaniedbuję również moje liczne roślinki domowe. Aż się dziwię, że ten biedak wypuścił, pierwszy raz, pączka. To podobno jakaś róża, ale wygląda jak pokrzywa :-))
Mikołaj do mnie nie przyszedł. Pewnie dlatego, że nie napisałam do niego listu.
Trudno. Jutro sama sobie kupię prezent. Kilka dobrych książek.
Wiem jednak z pewnego źródła, że do moich wnuków już jedzie. Od wieków wiadomo przecież, że Mikołaj mieszka tylko w krainie dzieciństwa. Ja już dawno się z niej wyprowadziłam i jak dotąd nie udało mi się odnaleźć drogi powrotnej. Prawdopodobnie już jej nie ma...
Czy ja już pisałam, że nie powinnam nic planować? Pisałam.
No to właśnie dzisiaj sobie zaplanowałam. Elegancko wystrojona robiłam ostatnie poprawki przed moim przedpokojowym zwierciadłem. Właśnie wtedy usłyszałam bardzo delikatne i nieśmiałe pukanie do drzwi. Otwieram, a tam stoi mój zięć trzymając za łapki malutkiego krasnalka - moją wnuczkę. Oczywiście znowu zapomniał, że ma telefon, z którego wypadałoby czasem skorzystać. Choćby dlatego, żeby sprawdzić czy babcia, którą chce się brutalnie wykorzystać do nagłej opieki nad dzieckiem, w ogóle jeszcze żyje!
Ponieważ sprawa nie cierpiała zwłoki i należało ją załatwić nawet po trupie babci, zgodziłam się zostać niańką.
Pobawiłyśmy się z wnusią, pogadały, chociaż ona nie bardzo rozumiała co ja do niej mówię, a ja wcale nie rozumiałam jej języka. Ale dyskusja była zażarta. Kiedy już babcię wyklepała, podrapała, obśliniła, zainteresowała się wszystkimi niebezpiecznymi przedmiotami leżącymi w zasięgu jej wzroku i łapek. Ani na chwilę nie mogłam jej spuścić z oczu. Walczyłyśmy ze sobą jak dwie lwice.Odetchnęłam dopiero kiedy ucięła sobie drzemkę.
A ja poczułam się taka zmęczona jakbym przerzuciła tonę węgla.
Jak ja dałam radę wychować dwoje dzieci? :-)
Dzisiaj ,dopiero po pozytywnym załatwieniu niezmiernie trudnej sprawy w bardzo ważnym urzędzie, zorientowałam sie, że jest piatek trzynastego!
Nie wierzę w zabobony. Dobrze jednak wiedzieć w co się nie wierzy :-))
Pogrzebałam trochę w internecie. Jak wiadomo jest to skarbnica wiedzy na każdy temat.
------------------------------------------------------------------------
"Piątek od wieków jest szczególnym dniem dla chrześcijan jako dzień Męki Pańskiej. To wtedy Chrystus został ukrzyżowany i umarł. Niektórzy badacze biblii twierdzą też, że właśnie w piątek Adam i Ewa spożyli zakazany owoc, co spowodowało ich wypędzenie z raju. Ich zdaniem także potop, który sprowadził zagładę na całą ludzkość z wyjątkiem rodziny Noego, zaczął się w piątek. Przez stulecia chrześcijanie starali się nie zaczynać podróży lub jakiejkolwiek działalności w ten dzień tygodnia, aby już na starcie nie skazywać się na niepowodzenie.
Dzisiaj madame dopiero po wielce pozytywnym załatwieniu niezwykle trudnej sprawy, w bardzo ważnym urzędzie, zorientowała się, że jest właśnie piątek i w dodatku trzynastego!!
Nigdy nie wierzyłam w takie zabobony.
Dlaczego właśnie piątek trzynastego ma być taki wyjątkowo pechowy? A nie na przykład piętnastego w środę?
Bardzo przesądni są zwłaszcza marynarze. Bardzo często odmawiają opuszczenia portu w piątek. Według pewnej legendy, w XVIII wieku zbudowano dla brytyjskiej floty statek nazwany H.M.S. Friday. Miał on udowodnić bezsensowność wszelkich przesądów związanych z tym dniem tygodnia. Załoga została wybrana w piątek, łódź zwodowano w piątek, znaleziono nawet kapitana o nazwisku Friday. Następnie, pewnego piątkowego poranka statek wyruszył w swój dziewiczy rejs – i zniknął na zawsze.
Niektórzy historycy szukają korzeni chrześcijańskiej nieufności wobec tego dnia tygodnia we wczesnych działaniach Kościoła wobec praktyk pogańskich. Nazwa tego dnia w językach germańskich związana jest z imieniem nordyckiej bogini miłości i płodności Frigg, zwaną też Freya. Ta bardzo silna kobieca postać mogła stanowić zagrożenie dla silnie patriarchalnego chrześcijaństwa. Aby zwalczyć jej wpływy, Kościół przedstawiał ją jako wiedźmę, jednocześnie oczerniając dzień nazwany od jej imienia. Postać bogini seksu może też być związana z niechlubną sławą liczby 13. Twierdzono, że Frigg często odwiedza sabaty czarownic, zwyczajowo złożone z dwunastu kobiet, tym samym zwiększając liczbę uczestniczek do trzynastu. Podobna chrześcijańska tradycja mówi o zgromadzeniu dwunastu wiedź i diabła jako trzynastego.
Niektóre ślady złej sławy 13 prowadzą do dawnych nordyckich mitów. Szalony bóg Loki pojawił się na uczcie dwunastu bogów i bohaterów i zabił ukochanego przez lud Baldera. Cała Valhhalla pogrążyła się w żalu. Ta historia, podobnie jak Ostatnia Wieczerza, przestrzega przed zasiadaniem do stołu w grupie trzynastu osób…
W średniowieczu król Francji Filip IV Piękny w roku 1306 wydał rozkaz likwidacji zakonu templariuszy i przejął ich dobra. Bracia zakonni zostali uwięzieni lub zabici. Król oskarżył ich o herezję, świętokradztwo i praktyki magiczne. A wszystko działo się 13 października w piątek…
Czy piątek trzynastego jest rzeczywiście aż tak pechowy? A może to nasze oczekiwania dotyczące nieprzyjemnych wydarzeń i wybiórcza pamięć wspólnie płatają nam figle? Przesąd powstaje, kiedy dwa niezwiązane ze sobą zjawiska tworzą w naszym umyśle całość. Okradziono cię trzynastego? Co za pech… Pomyśl jednak o tych wszystkich innych złych rzeczach, które spotkały cię w inne dni. Z drugiej strony, brytyjskie badania nad natężeniem ruchu i ilością wypadków samochodowych wykazały, że mimo że w piątek 13 zdecydowanie mniej osób decyduje się na jazdę samochodem niż w piątek 6, to liczba wypadków jest właściwie taka sama. Pech czy samospełniające się proroctwo?
Co do przesądu związanego z liczbą 13, to o ile wiem wziął się on z tego, że w piątek, 13. października 1307 roku zakon templariuszy został skasowany przez króla Francji Filipa Pięknego. Decyzja ta wywołała tak olbrzymi szok we współczesnym społeczeństwie, że od tamtej pory zaczęto uważać piątek 13. za dzień feralny."
------------------------------------------------------------------------
Nie powiem, ciekawe...
Najważniejsze jednak jest zachowanie w tym dniu po prostu zdrowego rozsądku.
Każdy dzień jest tak samo dobry na szczęście jak i na pecha.
To my decydujemy jaki wariant wybierzemy.
W takim razie szczęśliwego piątku! U mnie dzisiaj wyjrzało słonko :-))
Mija rok za rokiem. Jesień za jesienią. I tak niepostrzeżenie dla siebie samej, mijam ja.
Tyle już lat za mną, tyle wiosen, zim, jesieni. Tyle dni i nocy. Widzę je wszystkie, tak wyraźnie, jakby przed chwilą minęły. Uczucia są ciągle żywe. Radości i smutki trwają we mnie niezmienione przez czas. Wszystkie minione lata są we mnie. Czuję ich ciężar.
A co przede mną? Ile jeszcze wspomnień zdążę uzbierać?
Życie toczy się dalej. Jeszcze. I jest tylko jedna droga....z biegiem lat, z biegiem dni.
Dzisiejszej nocy zawitał do mnie nieproszony gość. Pani Bezsenność. Rozsiadła się wygodnie koło mojego łóżka i czuwała całą noc, abym przypadkiem oka nie zmrużyła.
Teraz chodzę nieprzytomna, z nosem przy ziemi.
Podobno na starość człowiek nie potrzebuje wiele snu. Albo to nieprawda, albo jeszcze nie jestem taka stara. Okazało się, że potrzebuję. Lubię spać i lubię być wyspana. Zwłaszcza jesienią, kiedy nie można liczyć na słoneczne poranki i śpiew ptaszków za oknem.
Z tego wszystkiego nie poszłam na szkolenie, na które się zapisałam jakoś tak bez głębszego zastanowienia. Po co mi szkolenia w moim wieku, po tylu latach pracy? Wiem z pewnością tyle samo, o ile nie więcej, niż pani prowadząca owo szkolenie.
Trudno, będą się musieli obejść beze mnie. Mogę zostać taka niedouczona. Większej kariery niż do tej pory to ja już nie zrobię. Nawet nie chcę.
Jakaś taka mało optymistyczna ta notka mi wyszła. Cierpię jednak ostatnio na niedobór optymizmu. Mam tylko nadzieje, że to jest jednak uleczalne.
To zaczynam w takim razie kurację. Piękną atłasową bluzkę już sobie kupiłam.
Na mnie wygląda dużo lepiej niż na wieszaku :-))
Życie mnie chyba przerosło...
Problemy i kłopoty przeróżne piętrzą się niczym Himalaje...nie daję rady.
Brak czasu, chęci i siły na przyjemności. Nie wiem czy jeszcze pamiętam, czym one są,,,
Moje towarzystwo nie jest atrakcyjne nawet dla wnuczki, wybrała drzemkę.
Jestem na etapie szukania wyjścia z labiryntu. Widzę jakieś światełko.
Idę sprawdzić, czy to nie jest przypadkiem światełko w tunelu.
Miłego dnia.
Płynie życie powolutku, ciurka sobie. Tylko źródełko coraz dalej, a przede mną wodospad. Następne urodziny. I co? Mam wydać bankiet z tej okazji? Przyjmować życzenia wszystkiego najlepszego z okazji starzenia się? Głupie to jakieś....bez sensu.
Z okazji tego niewątpliwie smutnego wydarzenia udałam się do fryzjera i kosmetyczki. Powiedziałam, że mam urodziny i jeżeli ktoś z gości zgadnie ile mam lat, to przyjdę z reklamacją.
Moje warunki zostały przyjęte.
Czy na torcie urodzinowym muszą być świeczki? A róża na ten przykład nie wystarczy?
Dawno tutaj nie pisałam, wiem. Nie mogę się jakoś odnaleźć w tym wirtualnym świecie.
Nosi mnie po różnych blogach. Nie mam pomysłu na bloga. A może właśnie najlepszym pomysłem był ten blog? Może powinnam tu zostać i nie błąkać się po obcych kątach?
W pewnym sensie Was zdradziłam, a przecież na to nie zasłużyliście. Przepraszam.
Najgorsze jednak jest to, że pomysłu na dalsze życie również nie mam. Nie wiem też dokładnie dlaczego miałabym coś w swoim życiu zmieniać. Lubię zmiany, ale przecież nie zawsze są konieczne i nie zawsze są to zmiany na lepsze.
Przypuszczam, że po prostu znowu chciałabym być młoda i mieć całe życie przed sobą. Powiedzenie: chcieć to móc – w tym przypadku się nie sprawdza.
A co tam! Nie jest tak źle jakby być mogło. Ile razy idę do szkoły po wnuki, dzieciaki wołają: Dominik! Mama po ciebie przyszła! A ten biedak zawsze prostuje: to nie mama tylko babcia.
Szczere dziecko do bólu :-)))
Boję się starości.
Przeczytałam właśnie, że pewien pan w wieku 83 lat postanowił rozpocząć studia. No, może rzeczywiście troszkę za późno, jednak nie to mnie przeraża a komentarze do tej informacji. Wynika z nich, że ludzie w tym wieku nie powinni studiować ( abstrahuję już od takiego zdania-”po co komu wykształcenie”), że powinni być zamknięci w domu starców, nie powinni mieć prawa głosu w wyborach i w ogóle nie powinni brać udziału w życiu publicznym i w życiu w ogóle! Nie powinni zabierać miejsca młodym, którzy -chyba tylko z racji wieku -mają większe prawo do wszystkiego.
Tylko czy ktoś z komentujących młodych pomyślał, że kiedyś się zestarzeje? Czy wtedy nie zmieni zdania? Sam się usunie i przeniesie do domu starców, jako głupi, niepotrzebny, bezmyślny sklerotyk?
Wiem, że starość jest brzydka, wstydliwa, niewygodna, uciążliwa, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. W czasach, w których ludzie chyba zapomnieli, że młodości nie da się utrzymywać w nieskończoność, że starość dopadnie każdego. Starzy ludzie są wśród nas. Najwyższy czas ich zauważyć i docenić. Nie tylko tolerować, ale i szanować. Bo to przecież my – za parę lat.
Dlatego boje się starości. Boje się chwili, kiedy przestanę być człowiekiem a stanę się kłopotliwym przedmiotem, przerzucanym z miejsca na miejsce, ukrywanym przed światem, bezużytecznym i brzydkim jak wyleniała kanapa.
W klasztorze Optino koło Kozielska, znanego z potwornej zbrodni na polskich jeńcach wojennych, przebywało jeszcze przed rewolucją trzystu starców- mnichów prawosławnych. Po rewolucji pozostało ich tylko czternastu, na czele z mnichem Ambrożym. Wszyscy zostali po śmierci kanonizowani.
W kulturze wschodniej starzec- to mędrzec, ojciec i przewodnik duchowy. Do klasztoru po ich rady i duchowe wsparcie przybywało wielu wybitnych ludzi takich jak Tołstoj czy Dostojewski.
W dzisiejszych czasach, w dobie pogoni za wieczną młodością, warto zauważyć, że może być inne spojrzenie na starość niż nasze stereotypowe, usuwające starość wstydliwie w najciemniejszy kąt.
Niemal każdy z nas chce żyć jak najdłużej. Nie da się tego jednak osiągnąć bez starości. Dlatego niemal każdy z nas jej pragnie...
Przez ostatnie tygodnie ograniczałam się tylko do czytania blogów.
Przyznaję, że było to czytanie wakacyjne, z dystansem, bez zaangażowania jakiegokolwiek, rzekłabym nawet, że bezmyślne.
Taki dystans jednak od czasu do czasu niezbędny jest dla zdrowia psychicznego. Zakładając oczywiście, że takowe posiadam.
Ale czego ja proszę państwa nie posiadam! W posiadanie wszelkie zostałam hojnie wyposażona przez naturę, czy jak kto woli przez los. Szkoda tylko, że to wszystko jakoś tak mało materialne jest.
W czasie wakacyjnego leniuchowania przeanalizowałam swoje dotychczasowe życie i doszłam do wniosku ( a byli ludzie, którzy twierdzili, że do niczego nie dojdę!):
mam dosyć!! Tak. Mam dosyć bycia kobietą samodzielną, zaradną, przedsiębiorczą, samowystarczalną i udającą przed sobą i całym światem, że to jest mój wybór i to w dodatku świadomy. Gówno prawda!
Nikt nigdy się o mnie nie martwił, odkąd pamiętam. „Przecież ty sobie świetnie dajesz radę! O ciebie się nie martwię, ale twój brat.....” Zawsze to słyszałam od mojego ojca.
A ja już nie chcę dawać sobie rady sama. Chce aby się mną ktoś zaopiekował. Załatwił za mnie wszystkie sprawy, zadecydował, pomalował mieszkanie i umył okna, „bo ja przecież nie umiem”,chcę żeby ktoś dbał o mnie i nosił na rękach. I martwił się o mnie, że przecież sama nie dam sobie rady, jestem taka słaba i delikatna.
Chciałabym. Czasami. Bo tak naprawdę lubię rządzić, lubię mieć własne zdanie, i lubię mieć zawsze rację! I jestem egoistką. A to podobno wyklucza szczęśliwe życie we dwoje. Szczęście jednak to jest przecież tylko stan umysłu i fizycznie nie istnieje. Jeżeli można się wprowadzić w stan hipnozy to i w stan szczęścia również.
Jaki stąd wniosek? Chciałabym, a boje się. A może wcale nie chce? A może nie wiem czego chce?
To niech już zostanie jak jest.
Przecież wcale nie jest źle.
Jestem winna, jeżeli nie nową notkę, to przynajmniej jakieś wyjaśnienie mojej długiej nieobecności.
Cóż ja poradzę, że życie tak pędzi do przodu ( tak jakby mogło do tyłu!), że w najmniej oczekiwanym momencie dopada mnie przeszłość. Przeszłość, o której wolałabym zapomnieć, wymazać ją z życiorysu. Nie było żadnego początku, istnieje tylko dzień dzisiejszy. Liczy się tylko to co jest tu i teraz. A jest pięknie.
Szczęście zagościło w moim domu .
Po długim pobycie w Stanach wrócił mój syn. I to wystarczyło aby świat wypiękniał. Nawet deszcz mi nie przeszkadza.
Czyż w obliczu takiego szczęścia i radości komputer i wszystkie blogi razem wzięte mają jakieś szanse?
Jak się nacieszę, nasłucham, naprzytulam to się odezwę :))
A dzisiaj w telewizji - „Skrzypek na dachu” !! Tyle przyjemności naraz !
Czyż życie nie jest piękne? A przynajmniej....bywa?
Próbuję rzucić palenie!
Od razu dementuję plotki, jakobym była taka mądra i o zdrowie swoje i innych dbająca. Nic podobnego!
Przyczyną tego desperackiego kroku są naciski ze strony mojego domowego budżetu.
Zasilam go jak mogę, a on w oczach marnieje.
Jak mi tak któregoś dnia zdechnie to będzie płacz i zgrzytanie zębów!
No nic. Idę sobie zapalić i przemyśleć sprawę.
Co wam powiem, to wam powiem, ale wam powiem.... ciepło :))
Miłego dnia, wieczoru, nocy....hmmm.....:)
Każdego dnia zasiadam przed monitorem i wpatruję się w ten biały prostokącik na ekranie. A notki nowej jak nie było tak nie ma. No cóż, w mojej głowie wiatr jeno hula. Myśli wszystkie pozamykałam w szarych komórkach. Niech wariatki odpoczną i odpocząć mnie dadzą.
Pogoda przepiękna. Wystawiłam się więc do słoneczka miejskiego, połaziłam tu i tam, pozałatwiałam to i owo. I tamto również. Kupiłam sobie trochę niezdrowych smakołyków i wszystkie zjadłam.
Teraz siedzę przy komputerze i tyję :))
A za plecami czają się już zmartwienia, kłopoty i czarne myśli, aby mnie dopaść i znowu zabrać sen.
Radości szukam. Gdyby ktoś wiedział gdzie jest, bardzo proszę o wiadomość.
Jestem, żyję jeszcze.
Przejrzałam dzisiaj blogi i stwierdziłam, że tylko ja jestem takim blogowym leniem i paru słów nie chce mi się napisać. Niestety mam ostatnio w głowie taki chaos, że sklecenie poprawnego i logicznego zdania graniczy z cudem.
Próbuje ułożyć sobie życie, pozbierać do kupy ten gruz, który z niego pozostał. A czasu coraz mniej.
Mam różne plany, różne wizje, których zrealizowanie wymaga pokonania przeszkód, które jak wielkie kłody leża na drodze do celu. W tej chwili jestem na etapie konstruowania machiny do usuwania tych kłód. Ale co tam, nadzieja na nowe życie, radość oczekiwania i spełnienia jest tego warta.
Jeżeli tylko mózg mi się nie zagotuje, na pewno coś wymyślę. Będzie dobrze.
Kiedy już plany nabiorą realnych kształtów, choćby tylko częściowo – nie omieszkam zawiadomić.
Miłego jutrzejszego dnia! Całego tygodnia również :))
Sobota. Dzień odpoczynku. Pierwszy taki prawdziwie wolny dzień od dłuższego czasu. Ten wspomniany dłuższy czas trwał jakieś dwa tygodnie. Wypełniony był przygotowaniami do pierwszej komunii mojego wnuczka. Babcia jakoś tak nagle i niespodziewanie została postawiona w kuchni przy garach. Nie zdążyła nawet zaprotestować. Nikogo nie zainteresowało to, że przez kilka tygodni biegała z dzieckiem na próby do kościoła i nudziła się przy tym jak mops. To też męczy jak się okazało. Ponieważ jednak nie wykazywała oznak rychłego zejścia z tego pięknego świata, nadawała się do dalszej intensywnej eksploatacji. A na zwrot kosztów amortyzacji liczyć nie mogę.
Dalsza eksploatacja babci w mojej niewątpliwie pięknej osobie, trwała następny tydzień – biały tydzień. Codzienne wizyty w kościele, wysłuchiwanie niekończącej się litanii, dla takiego bezbożnika jak ja to prawdziwy wyczyn. Czego jednak nie robi się dla wnuków.
Za to dzisiaj powiedziałam sobie i wszystkim wokół – dosyć! Babcia odpoczywa i zajmuje się tylko sobą, całkowicie, egoistycznie i z wielka przyjemnością.
Teraz , przerywając co chwila pisanie, głaskam moje delikatne , mięciutkie, gładziutkie policzki, o których kondycję i wygląd zadbała miła kosmetyczka.
Szkoda, że nie udało się zlikwidować wszystkich zmarszczek jakimś cudownym zaklęciem – bo jeżeli nie ono, to tylko operacja. A operacji boje się bardziej niż zmarszczek.
Dlaczego faceci nie mają takich problemów? Dlaczego im zmarszczki dodają urody? Toż to jawna niesprawiedliwość matki natury!
Pewnie gdyby natura była babcią, coś by na te zmarszczki poradziła. Babcie potrafią wszystko.
Pada majowy deszczyk, pachną bzy. Idę szukać mojej młodości. Może jeszcze nie odeszła tak całkiem?
Dom opustoszał, rodzina wyniosła się na własne śmieci. Cisza, spokój i tyle miejsca tylko dla mnie! Moge robić co tylko dusza zapragnie. Mogę również nie robić zupełnie nic. Skłaniam się raczej do tej drugiej możliwości.
Dzisiaj wybrałam jednak odpoczynek czynny, powiedzmy szczerze czynny umiarkowanie. Spacer. Przepiękna, słoneczna pogoda zawsze skutecznie wygania mnie z domu. Takie wędrówki po mieście nie są jednak dla mnie bezpieczne. Całe szczęście, że dzisiaj niedziela i sklepy zamknięte. A taką cudna torebkę wypatrzyłam!
Gdyby nie ta niedziela, jak nic, wessało by mnie do sklepu!
Torebki i buty jestem w stanie kupić w każdej ilości. No cóż, przecież człowiek nie może składać się z samych zalet.
A tak nawiązując do tych zalet, moje zdolności manualno- artystyczne nabrały wczoraj wieczorem realnych kształtów. Z niezastąpioną pomocą szydełka powstały takie oto cuda, bo cudem chyba jest, że miałam tyle cierpliwości.
Miłego jutrzejszego dnia!
Nastał w moim życiu czas chronicznego braku czasu. A co najdziwniejsze, wydaje mi się, że ostatnio nic nie robię. Wiele spraw leży odłogiem, a ja nie mam czasu, aby podnieść je do pionu i skierować we właściwym kierunku, tam gdzie odchodzą wszystkie załatwione sprawy.
Największym pożeraczem czasu jest mała, ząbkująca, a w związku z tym wyjątkowo zrzędna istota. Niezbędne jest stałe noszenie i zabawianie na wszystkie możliwe sposoby, aby swoim wrzaskiem nie postawiła na nogi całego miasta.
A mnie się tak nie chce!
I już po świętach. Następna kartka z kalendarza życia zerwana.
Ważne jednak są te, które pozostały.
A ja taka nie do życia. Czuję się pusta, literacko również, co mnie bardzo martwi. Tym bardziej, że dostałam propozycje współpracy z czasopismem, które niedawno ukazało się na rynku wydawniczym. Kierownikiem literackim jest mój były redaktor naczelny, co oznacza, że moje teksty będą wydrukowane w całości, bez zmian i skrótów.
Chyba się jednak starzeję, bo zainteresowałam się rękodziełem artystycznym, teoretycznie i praktycznie. Druty, szydełko, decoupage, witraże. Jeszcze nie wiem co wybrać. Nie lubię wybierać. Może więc spróbuję wszystkiego po kolei? Może nawet wrócę do malarstwa, które wiele lat temu porzuciłam?
Najwyższy czas zrobić w końcu coś dla siebie, dowartościować się, sprawić, żeby życie miało kolor i smak. Bo to w końcu moje życie. Czyż nie?
Jest jak jest, a nie jest jak być powinno.
Może to wymagania rosną wraz z wiekiem?
Wiem jedno, mamy wiosnę.
Ale czy to mnie aż tak bardzo cieszy, tego już nie jestem pewna.
Życie moje wypełnia praca i kłopoty. I właśnie to wypełnienie chciałabym zmienić.
Przenicować moje życie jak starą jesionkę.
Mam apetyt na inne życie. Myślę, że to już najwyższy czas na spełnienia chociaż jednego, małego marzenia. Nie jestem tylko pewna, które by to miało być. Wydawałoby się, że mam wiele marzeń, ale jak się tak nad tym zastanawiam, to żadnego nie potrafię ubrać w realne kształty.
Może na tym polegają marzenia?
Jest jak jest. Jestem babcią ( co za straszne słowo! Naznaczone przemijaniem) i jak każda przykładna babcia poszłam dzisiaj na spacer z wnuczkiem. Zamieszczam dowód w postaci zdjęcia popełnionego przez wnuczka.
Miłego poniedziałku wszystkim życzę. Sobie też :))
O rety, rety!! Wiedziałam!!
Cały czas czułam, że w nawale zajęć, kłopotów i przyjemności ( kurcze, były takie?) coś mi umknęło. Teraz już wiem. Przecież ja mam bloga!!
Co za wstyd, tak zapomnieć, zaniedbać, porzucić i osierocić takie cudowne miejsce i takich cudownych ludzi.
Biję się w piersi i obiecuję, że już nigdy skleroza nie przesłoni mi tego kawałka mojej wirtualnej podłogi :) ani linków prowadzących do światów Waszych.
Świat mój rzeczywisty zawieszony ostatnio między niebem a ziemią. Czas mnie unosi. Każdego ranka budzi mnie przyszłość, która nie wiadomo kiedy staje się przeszłością. Teraźniejszość jest tak krótka, że nie nadążam jej przeżyć.
Muszę się zatrzymać.
Rzeczywistość wokół mnie odbita w krzywym zwierciadle. Pokazuje swoją absurdalną stronę. Krążę jak we śnie i drogi znaleźć nie umiem. Zrozumieć nie potrafię. Obudzić się nie mogę.
Każdego ranka ubieram się, zakładam szpilki, rzęsy stawiam na baczność, wychodzę z domu i już nad niczym nie panuję.
Coś załatwiam, gdzieś jeżdżę, wracam, spóźniam się, biegnę. Ktoś ma do mnie pretensje, ktoś czeka na mnie, ktoś prosi o pomoc. Ktoś, gdzieś. Najczęściej wszyscy w tym samym czasie. Najczęściej nie wiem co zrobić, nie wiem kiedy i jak. Najczęściej nie mam siły i jestem zmęczona, bezradna.
A sumienie uwiera jak odcisk.
Niedzielno- popołudniowy czas.
Wielkimi krokami zbliża się zmrok.
Powolutku toczy się życie.
Prace nad bilansami przebiegają opornie, wstrzymywane bardzo skutecznie moim lenistwem. Grypa omija mnie z daleka, zrażona moim zdrowym wyglądem. Wniosek nasuwa się sam: lenistwo sprzyja zdrowiu.
Nie miałabym właściwie powodów do narzekania, gdyby nie to, że tak ogólnie to jest bardzo nijako. Jakby ktoś uwięził mój czas. Stoję w miejscu. Przestrzeni życiowej brak, aby nabrać rozpędu. Tylko dokąd biec i po co? Oto jest pytanie na miarę filozofa. I czy w ogóle jest sens ruszać się z miejsca.?
No cóż. Nie będę ukrywać faktu oczywistego, że pustkę literacką w głowie mam.
Przez wiele dni i wieczorów wirują mi przed oczami zastępy cyferek, które staram się jak mogę umieścić w ciasnych rubryczkach citów i pitów, zgrupować w aktywach i pasywach.
A rozbrykane towarzystwo niemiłosiernie! Zapanować nad nim nie jest sprawą łatwą. Przyjemnością tego również bym nie nazwała.
Znam wiele innych przyjemności, dużo bardziej pożądanych. Na przykład leżenie na kanapie w towarzystwie kolorowych, mięciutkich poduszek, z filiżanka pachnącej kawusi w łapce. Słuchanie muzyki, oglądanie filmów. Powiecie, że to nie są aż takie przyjemności? Może rzeczywiście nie o takie mi chodziło, ale są to jak na razie jedyne dostępne dla mnie.
Czytanie odpada. Oczy mam już tak zmęczone ślęczeniem przed monitorem, że bardziej udaję, że widzę, niż widzę cokolwiek rzeczywiście. Gdyby nie kropelki – sztuczne łzy – nie byłabym w stanie mrugać.
Oczywiście, że można jeszcze oczy zamknąć. Wtedy jednak uruchamiają się, uśpione chwilowo, myśli, wspomnienia, marzenia i różne tego typu duperele. Nie mam na nie teraz ochoty. Pewnie dlatego nie mogę w nocy spać. A głupie sny mnie nawiedzają, kiedy już na chwilę odlecę z objęć świadomości!
Takie idiotyczne miejsca odwiedzam, dziwnych ludzi spotykam i taki wir zdarzeń nie z tej ziemi mnie porywa, że budzę się z wielka ulgą i z radością zabieram się za księgowe zawiłości. Przynajmniej tu wszystko jest proste, logiczne i mądre. Pożyteczna i satysfakcjonująca praca. Satysfakcja nie jest jednak z tych , które przekładają się na zawartość portfela. Niestety. Nie przyciągam pieniędzy.
Za mało we mnie magnetyzmu, czy co?
Pracowity i pełen niespodzianek okres w moim życiu trwa.
Bilansuję, załatwiam, wyjeżdżam, wracam, odpoczywam.
A na blogach tyle się dzieje! Towarzystwo płodne literacko niewiarygodnie.
Czy ja kiedyś nadrobię zaległości?
Dziwne rzeczy mogą się zdarzyć, kiedy człowiek biegnie przez życie, nie rozglądając się na boki. Wypadek gotowy!! Poznałam wdowca! Mam tylko nadzieję, że nie zamordował swojej żony...
I prezent z banku dostałam... wyciąg z karty kredytowej. Straciłam od razu apetyt i rzuciłam palenie. Cud potrzebny od zaraz! Pomoc sił nadprzyrodzonych w spłacie karty mile widziana.
To jednak są mało istotne drobiazgi, takie małe pchełki, dotkliwie złośliwe, ale z dalszej perspektywy nie widoczne. Sięgaj, gdzie wzrok nie sięga! Czyż nie ?
Sięgam więc i jest cudnie!
Jeżeli sprawdzają się jakiekolwiek prognozy to z reguły te złe.
Skądinąd wiadomo jednak, że wszystko jest względne, to również i kwestia oceny rzeczy wszelakich.
Dobra, czy też zła, prognoza pogody sprawdziła się.
Powiedziałabym nawet, że sprawdził się czarny scenariusz, gdyby nie to, że świat zasypało na biało.
A ja biedna do śniegu i mrozu nie przyzwyczajona! Z nosem czerwonym paradować nie zwyczajna! Buty na szpilkach przeznaczone dla klimatu włoskiego a nie syberyjskiego. Z włoskich rzeczy jedynie kożuszek biały przeżywa swój renesans. A myślałam, że mi się już nie przyda!
Jak nigdy, doceniam teraz moje ciepłe mieszkanko. Gdy za oknem robi się biało i mroźno, pokój również jaśnieje. Staje się miłą i przyjazną przystanią.
Czy to już nadszedł ten czas, kiedy siedząc w fotelu, w ciepłych kapciach, okryta kraciastym pledem, opowiadać będę wnukom: pamiętam czasy, kiedy zimy były nie tylko kalendarzowe, kiedy śnieg w środku zimy nikogo nie dziwił, mróz nie przerażał.
Mam nadzieję, że jeszcze nie. Za bardzo kocham moje czerwone szpilki, żeby je na kapcie zamieniać!
Dzisiejszej nocy nastąpiła wreszcie zmiana cyferki.
I to chyba jedyna zmiana jaką zauważyłam.
Wczesnym rankiem, czyli gdzieś tak koło południa, napiłam się kawy w tym samym kubku co zawsze.
Przelotem spojrzałam w lustro, a tam ta sama twarz co wczoraj. Ani starsza, ani młodsza. Na mądrzejszą też nie wyglądała.
Za oknem ten sam widok, pogoda tylko gorsza niż wczoraj.
Stary rok zabrał ze sobą słoneczko. Przez nikogo nie zatrzymywany poszedł sobie w siną dal, do krainy gdzie mieszkają wszystkie minione lata.
Szkoda, że nikt nie wie gdzie to jest...
Obiecałam sobie, że od nowego roku niczego nie planuje. To była bardzo mądra decyzja. Moje plany z reguły można wyrzucić do kosza.
Gdybym planowała, pewnie na dzisiaj zaplanowałabym sobie odpoczynek. Ale ponieważ nie planuję.....nagle i niespodziewanie musiałam się zająć dziećmi. Sztuk trzy. Wnuczek mnie pocieszył: babciu, a gdyby nas tak było czworo? To byś dopiero miała cztery światy z nami! Mądrala. Ciekawe co powie, jak któregoś dnia babcia się zbuntuje.....
Czy na pewno zaczął się dzisiaj nowy rok? Gdyby nie koncert noworoczny z Wiednia – nie uwierzyłabym.
Mam nadzieje, że ten rok będzie obfitował w wydarzenia, które warto zapamiętać i wspominać przez następne lata.
Czego sobie i Wam życzę.
Podobno czekają nas mrozy i opady śniegu. W takiej sytuacji wypada tylko powiedzieć – byle do wiosny!!
Bardzo pracowicie kończy mi się ten rok.
Dwa dni z rzędu opiekuje się trójka dzieci. Dobrze, że jedno z nich ma już osiem lat i można je wykorzystać do wynoszenia śmieci i dokonania drobnych zakupów w pobliskim sklepie. Przekupiłam chłopca pączkiem ze śmietaną ))
Jutro mam wolny dzien. Wolny od wnuków oczywiście. Mam nadzieje, że zdążę pozałatwiać wszystkie swoje pilne sprawy, które domagają się załatwienia jeszcze w tym roku. Nie chciałabym wnosić w nowy rok zaległych spraw i nie zapłaconych rachunków.
Jeszcze jakieś zakupy sylwestrowe na wzmocnienie ducha i ciała. Może jakiś drobny ciuszek aby godnie rok nowy przywitać. Nie wiem jeszcze jak ten sylwester będzie wyglądał, nie wiem co się zdarzy w ostatniej chwili. Życie mnie ciągle zaskakuje. Z reguły niezbyt mile. Może jednak tym razem szykuje dla mnie miłą niespodziankę?
Nie myślę w tej chwili o tym, co przyniesie następny rok. Nie robię żadnych planów. Czekam spokojnie na kolejny świt.
W styczniu jadę na casting do filmu. I to jest miłe wydarzenie na początek roku. Taki mały zastrzyk optymizmu. A co będzie dalej? Dobrze będzie.
Życzę wszystkim aby nowy rok przyniósł tylko dobre chwile, te planowane i te niespodziewane. Aby spełniły się Wasze marzenia, aby miłość zagościła w Waszych sercach i domach. Życzę, aby ten rok dla Was i dla mnie był po prostu dobry, spokojny, pogodny....taki zwyczajnie szczęśliwy.
Kończy się rok. Następny rok. Aby wejść w nowy, z nowymi nadziejami i czystym sercem, trzeba się rozliczyć z tym co było.
A nie tak miało być. Nie tak...
Są przecież rzeczy, przeżycia, wspomnienia, które każdemu powinny być dane.
Mam luki we wspomnieniach. Nie tak miało być...
Nie miałam i nigdy już nie będę miała prawdziwego domu rodzinnego. Wychowałam się bez ojca, ze świadomością, że jego rodzina to wrogowie. Wszystkie najgorsze cechy odziedziczyłam właśnie po nich. Niestety, w momencie dziedziczenia nie zastanowiłam się co robię i chapnęłam złe geny.
No cóż, było – minęło. A przecież nie tak miało być...
Nigdy nie mogłam i nie mogę pójść tak po prostu na niedzielny obiad do domu moich rodziców. Nie powita mnie z radością ojciec, nie zaprosi do salonu, mama nie stanie w progu uśmiechnięta, nie siądziemy wszyscy przy stole, nie będziemy rozmawiać o tym wszystkim co nas spotkało, dobrego i złego. Nie poproszę ojca o radę, o pomoc.
Takiego domu nigdy nie było i już nie będzie. Nie tak miało być....
Miałam dwóch mężów, ale nigdy nikt nie poprosił o moją rękę, nigdy nie dostałam pierścionka zaręczynowego.
Dwa razy byłam w ciąży, ale nikogo ten fakt nie ucieszył. Tylko mnie. Były wyrzuty: w takich czasach?! Jak ty sobie dasz radę? Czy ty w ogóle nie myślisz?
Teściowa: mój syn powinien studiować a nie zajmować się dzieckiem. A w ogóle to wcale nie wiadomo czy to jego dziecko.....
Następne niepokalane poczęcie, cholera!!
Czy tak powinno być?....
Tylko raz w życiu byłam na prawdziwym balu sylwestrowym. Bardzo dawno temu, w klubie studenckim. To był jedyny rok, w którym byłam na wszystkich zabawach karnawałowych, co sobotę, aż do środy popielcowej. Tylko ten jeden rok.
Nie tak miało być...
Nigdy nie będę obchodziła pięćdziesiątej rocznicy ślubu, w otoczeniu dzieci i wnuków. Nigdy.
Wszystko miało być inaczej. A było jak było. I to się już nie zmieni. Dobrych wspomnień kupić nie można. Można je sobie wymyślić i zapełnić nimi puste zakamarki pamięci. Z czasem się przyjmą. Tylko, że to nie tak miało być....
I właściwie już po Świętach. Nie zdążyłam nawet mrugnąć pięknie pomalowanym okiem.
Czas najszybciej przemyka przez samotne domy. Nie ma powodu aby się choć na chwilę zatrzymać, ogrzać ciepłem rodzinnym, blaskiem choinki, szczebiotem dzieci... zabiera święta i odchodzi.
Przed nami Sylwester. Ale ja nie będę już odkładać radości na później, nie będę czekać, aż następny rok przyniesie mi zmiany na lepsze. A jeżeli lepiej być nie może?
To tak, jakbym czekała na drugie życie i liczyła na to, że może będzie lepsze. Drugiego nie będzie. Żaden rok się nie powtórzy. Nie trzeba nic odkładać na później. Trzeba walczyć o siebie, swoje życie i szczęście tu i teraz. Od razu. Bo czekając i żyjąc nadzieją, marnujemy życie.
Może następny rok będzie gorszy? Może ten dobry rok to był właśnie ten, który mija? A ja pozwoliłam mu tak przeminąć bez śladu?
Jest tylko jedno wytłumaczenie tego faktu. Człowiek na starość głupieje, za dużo myśli o przemijaniu, za dużo wspomina zamiast myśleć o dniu dzisiejszym.
Wspomnienia rodzą się dzisiaj! Aby je mieć trzeba żyć!
Dlatego w sylwestrową noc będę się bawić i tańczyć. Taką solówkę odstawię, że czas zgłupieje i zatrzyma się. A ja będę tańczyć i tańczyć do samego rana.
A pierwszego dnia roku po prostu zacznę żyć!
Po krótkiej emigracji na Onet, powracam do mojego starego domu. Zostawiłam tu kawał mojego życia, wiele wspomnień, wzruszeń, radości i smutków.
Tutaj czuję się najlepiej.
Magia Świąt w tym roku nie zadziałała. Za oknem prószy delikatny śnieżek, w pokoju choinka jaśnieje światełkami a ja nie czuję nic. Dzień jak co dzień. Tylko sklepy zamknięte.
Odpoczywam. Nawet samotność dzisiaj nie dokucza, jest mile widzianym gościem. Nie jest to może wielkie szczęście, ale nie czuję się nieszczęśliwa ani smutna. Czuję się zwyczajnie dobrze.
Święta to my, to rodzina, tradycja, wspomnienia, które są ogniwem w łańcuszku pokoleń. Moje ogniwo pękło. Już nic nie będzie takie samo.
Domu rodzinnego i pozostawionego w nim dzieciństwa nie da się odtworzyć w żadnym innym miejscu.
Wszystko stało się takie małe, nie ważne, odczarowane, pozbawione wielkiej tajemnicy, której początków nie znamy.
Bardzo tęsknię za Świętami, za tym wszystkim co odeszło i nigdy nie powróci, nigdy się nie powtórzy.
Tak sobie trochę potęsknię i wrócę do rzeczywistości.
Nie chcę przegapić ani jednego dnia z życia jakie mi pozostało. Bo żaden się nie powtórzy.
Niedługo zacznie się nowy rok, następny rok. Nie wiem jaki będzie. Ale może to właśnie w tym nadchodzącym roku schowały się oczekiwane Święta?
Może to na przyszły rok Mikołaj szykuje dla mnie wyjątkowy prezent?
Tylko czy ja będę na tyle grzeczna, żeby na niego zasłużyć?
Stara, zrujnowana hala nieczynnej fabryki. Metalowe, ciężkie drzwi.
Drzwi do minionego czasu. Stęchły zapach przeszłości i cuda znalezione.
Trafiłam tam przez przypadek. Nie wiedziałam nawet, że takie miejsce istnieje.
Komis starych, używanych mebli, podobno zagranicznych – ale nie byłabym tego taka pewna. Nie ma to zresztą znaczenia.
Cuda jakie tam zobaczyłam przerosły moje wyobrażenia.
Pośród tych starych mebli poczułam się intruzem, jakbym nieproszona weszła do cudzego intymnego świata, do mieszkania, które już fizycznie nie istnieje.
Meble cudowne, piękne, stare drewno ze śladami zdartej przez lata politury.
Na pół otwarte drzwiczki z kryształowymi szybkami pokazują wnętrze, puste już teraz, osierocone przez przedmioty, które kiedyś nadawały mu konkretną tożsamość. Teraz pozostał tylko kurz.
Piękne blaty stołów na których pozostał jeszcze ślad pielęgnujących je z czułością dłoni.
Wysokie szafy i kredensy, ciemne i potężne wydały mi się trumnami czasu.
Zdawało mi się, że między tymi meblami krążą duchy z przeszłości, widziałam ludzi siedzących na pięknych, rzeźbionych krzesłach, zaglądających do zakurzonych szafek.
Może to ta piękna pani z fotografii w ciemnych rzeźbionych ramach, na których ktoś przykleił kawałek żółtego papieru z napisem: „ portret z epoki”. Kim była ta kobieta? Gdzie wisiała fotografia i dlaczego trafiła do tego lamusa? Zapomniana, wystawiona na sprzedaż......
Zapragnęłam kupić choć jeden taki mebel. Mebel z duszą, z przeszłością, pobudzający wyobraźnię.
Szkoda, że nie zrobiłam zdjęć, zupełnie o tym nie pomyślałam...nawet nie wiem czy by mi pozwolono?
Jutro tam pójdę......
3 listopada o godzinie 20:00 urodziła się śliczna, maleńka kruszynka, moja wnuczka.
Dziecko urodziło się tydzień po terminie.......jako wcześniak !
Lekarz prowadzący źle obliczył termin. Trudno to tłumaczyć brakiem doświadczenia, gdyż mamy tu do czynienia z ordynatorem oddziału położniczego.
Faktem jest, że poród był wywołany sztucznie i na siłę wyciągnięto dziecko na ten świat w trzydziestym szóstym tygodniu ciąży.
Na szczęście matka i dziecko czują się dobrze.
Dzisiaj po wyjściu z kliniki poczułam się dziwnie. Staro?
Rozpoczął się nowy etap w moim życiu.
Ile jeszcze tych etapów przede mną?
Powiem tylko jedno. Nie śpieszy mi się do mety.
Od dłuższego czasu wpatruję się w monitor. Gdzieś tam , po jego drugiej stronie, w niewidocznej sieci jesteście Wy. Znani i nieznani. A po mojej stronie monitora jest prawdziwe życie, ludzie z krwi i kości. Wszystko prawdziwe aż do bólu. Piękne w swojej prawdzie i prostocie.
I tym pięknem teraz żyję.
Tu mam znajomych, przyjaciół, rodzinę, dom i pracę. Ulubiony kącik w pokoju, ulubione książki. Ścieżki, którymi lubię spacerować i wypatrywać śladów przeszłości. To co najważniejsze – jest tutaj.
Dlatego bardzo proszę, wybaczcie mi, że Was trochę zaniedbałam. Są jednak w życiu rzeczy ważne i ważniejsze, i największą sztuką jest nie pomylić jednych z drugimi. Wszystko ma swoje miejsce i swój czas.
W zeszłym roku, kiedy moja kochana redakcja powoli ale nieuchronnie odchodziła w niebyt, moje felietony czekały samotne, upchane w folderkach z nikłą szansą na bolesne łamanie, kiedy przestało mnie bawić pisanie tekstów na zamówienie, kiedy zaczęła mnie wkurzać ingerencja różnych naczelnych w moje teksty – założyłam bloga.
Mogłam na klawiaturze wystukać wszystko o czym pomyślała głowa.
Ubierałam w słowa wspomnienia, wrażenia ulotne, refleksje, myśli mądre i głupie.
Redaktor naczelna – madame !! Moja mała prywatna gazeta.
To prawda, że ostatnio rzadko wychodzi.... Zawsze jednak możemy założyć, że to miesięcznik.
Wpadłam na chwilę, aby przywitać wszystkich moich stęsknionych czytelników. Z tą tęsknotą to jest sprawa dosyć problematyczna...
Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że obecności powyższej nie zauważono.
Można by się zastanawiać nad przyczyną tego stanu rzeczy, ale do tego potrzeba czasu a ja cierpię ostatnio na jego chroniczny brak.
Pochłonęło mnie bez reszty prawdziwe życie. Przyziemne i przyścienne.
Z dnia na dzień zdecydowałam o przeprowadzeniu małego remontu w moim mieszkaniu. Dziwnym trafem mały remont zamienił się w generalny.
Mam tyle pomysłów na zmiany ! Jeżeli teraz tego nie zrobię, to kiedy ?!
Wymiana podłóg, malowanie ścian, wymiana mebli. Nowe firanki też by się przydały. Może jakiś dywanik? Takie cuda widziałam w sklepie!
Mieszkanie z każdym dniem pięknieje a ja ruszam się z coraz większym trudem. Bolą mnie nawet paznokcie i włosy !
Za tydzień urodzi się moja wnuczka !
Zmiany, zmiany......czas biegnie w zawrotnym tempie, życie mija, ale póki trwa chcę się nim cieszyć, wypełnić każdą jego sekundę bogactwem przeżyć, myśli, czynów, małych radości.
Życie, kocham cię nad życie!
Miłego dnia, tygodnia i jak najwięcej życia.....w życiu
życzy wszystkim bliskim duszy i sercu
Ania.
Od kilku dni zwlekam z załatwieniem spraw nie cierpiących zwłoki. Nie udaje mi się zrealizować planów dnia skrupulatnie rozpisanych wieczorem. Życie swoje plany realizuje, nie pytając mnie o zdanie a tym bardziej pozwolenie. Zaskakuje mnie od samego rana, rzucając mnie w miejsca, których nie zamierzałam odwiedzać. Załatwiam sprawy, o których jeszcze wczoraj nie miałam pojęcia, zadziwiają mnie problemy wyrastające przede mną jak grzyby po deszczu. Fakt. Wczoraj trochę popadało.... Czy ja kiedyś zapanuję nad tym moim życiowym chaosem? Tylko wtedy...czy to będę jeszcze JA?
Nie trzeba wiele, wystarczy dwóch małych chłopców, aby moje życie stanęło na głowie. To dopiero trzy dni szkoły a ja już nie daję rady! Wieczorem ledwo łażę podpierając się nosem. Zaprowadzić, przyprowadzić, zapomniałem worka, wracamy, idziemy do szkoły, wracamy, a jeść, a pić, a komputer, a papier, a może na huśtawki? Od dawna nie odczuwałam takiej ulgi, jak teraz, gdy czerwony samochodzik z dzieciakami w środku znika za zakrętem. A tu niedługo urodzi się trzecie ! I coś mi się wydaje, że to właśnie zaczęło się to moje nowe życie, na które tak czekałam. To ja już wolę to stare..... Zapomniałam o najważniejszym ! W związku z rychłym powiększeniem się rodziny o małą panienkę, koniecznym stało się odnowienie mieszkania. Zgadnijcie kto będzie malował ściany?
Chcemy tego czy nie - jutro zaczyna się wrzesień. Może to jeszcze nie jesień, ale z pewnością babie lato. Wypada je więc odpowiednio przywitać, czyli po babsku. Koniec sezonu letniego oznacza wyprzedaże ! Tłumy pań polują na okazję. Nie mogło tam zabraknąć mnie. Stałam się właścicielką przecudnej urody żakietu za jedną trzecią ceny !! W samą porę go kupiłam. Po pierwsze, pogoda jeszcze letnia i mogę zaprezentować w całej okazałości najnowszy nabytek, po drugie - rozpoczyna się rok szkolny. Nie, nie mam zamiaru się dokształcać. Zostałam zaproszona przez mojego wnuczka na uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego, jako osoba towarzysząca. A to zobowiązuje ! Nie ma to jak nowy ciuch. Wiedziałam, że tylko to mi pomoże. Sposób stary jak świat i zawsze skuteczny. Niestety problemy, które są przyczyną moich bezsennych nocy pozostały. Nie wiem czy potrafię je rozwiązać. Może pozostaną ze mną do końca życia. Jednak dobrze ubrana, z doskonałym makijażem i w szpilkach staję się groźnym przeciwnikiem wszelkich problemów. Szpilki są bardzo niewygodne a jednak dodają kobiecie siły. A ja będę potrzebowała teraz dużo siły.
Wszystkim małym i dużym, rozpoczynającym jutro rok szkolny życzę powodzenia, a rodzicom radości i dumy z sukcesów swoich pociech. Miłego tygodnia :)
Pochmurny i deszczowy dzień nie wpływa dobrze na moje, i tak nieszczególne, samopoczucie. Wszystko mnie dzisiaj denerwuje. Wyłażą na wierzch jakieś stare sprawy, bolesne słowa, głupie czyny. Snują się za mną cały dzień, brzęczą w uszach, utrudniają oddech. Muszę się od nich uwolnić! Próbuję zająć czymś myśli. Otwieram książkę, czytam litera po literze a słowa uciekają. Kończę czytać zdanie i już nie pamiętam jak się zaczynało.... Moja telewizja serwuje dzisiaj danie pod tytułem SPORT na dwóch kanałach, na trzecim muzyka, która doprowadza mnie do szewskiej pasji, na czwartym kanale śnieży....więcej nie posiadam. Mogę jeszcze pogadać sama ze sobą, tylko że ze mną ostatnio trudno się porozumieć....a nie chciałabym się kłócić. Pocieszyć sama siebie też nie potrafię. W głowie kiełkuje myśl wyjazdu do Krakowa. Może pozwolę jej urosnąć?
Ranki jesienne, dni letnie a wieczory samotne. Łza się w oku kręci. Jedna, druga, trzeciaczwartapiąta...... A co tam, poryczę sobie. I tak nikt nie słyszy i nikogo to nie obchodzi. Cisza. Słychać jak się starzeję. A wokół coś na kształt życia.
Obietnice, obietnice, zapewnienia i co? Żyć miałam zacząć. A tu wszystko po staremu. Monotonia. Zero życia we mnie i wokół mnie. No bo jak tu nagle zacząć żyć? Od czego zacząć zmiany? Czego ja tak właściwie od tego mojego życia oczekuję? No tak, i znowu pytania, rozważania, plany....a przecież miało tego nie być !! Miałam po prostu tak zwyczajnie żyć, budzić się rano i płynąć z życiem, przyjmować to wszystko co mi daje i dziękować ! No to bardzo dziękuję! Może by tak nowe życie, a właściwie stare życie kopnięte w d...., żeby w końcu ruszyło do tańca, zacząć od porządków? Oczyścić duszę i ciało, oczyścić aurę....i posprzątać po prostu chatę! W czasie tych wielu godzin treningu myślowego, skomplikowanych ewolucji intelektualnych, materialny świat podlegał zasadom fizyki i chemii i takoż logiki, bo jeżeli się nie sprząta, dom zarasta brudem. Proste? A może by tak spojrzeć na to z innej perspektywy?.....e, nie. Z innej też nie wygląda to najlepiej. Można by ewentualnie trochę poczekać i spróbować spojrzeć na tę sytuację z perspektywy czasu.... Nie będę ukrywać, że coraz mniej chce mi się pracować. Cały zapał do pracy jakim mnie natura obdarzyła, ulotnił się. Przypuszczam, że był to po prostu młodzieńczy zapał i naturalną koleją rzeczy opuścił starzejące się ciało i duszę. I co teraz? Czy istnieje jakiś starczy zapał? A może jeszcze nie czas na niego? Tylko co ja mam biedna teraz zrobić? Na szezlongu przyjąć wdzięczną pozę i po prostu poczekać? Pewnie tak zrobię. Nie będę dzisiaj nic pisać, bo jak już wspomniałam nie chce mi się, przeczytam to co inni napisali. Z niekłamaną zazdrością stwierdzam, że napisali świetnie. Przede mną „Świat według Garpa”, w tle przygrywa cudowny Miles Davis... A reszta spraw musi poczekać. Pomyślę o nich jutro.
Przez całe moje dotychczasowe życie, może wyłączając okres dzieciństwa, planowałam swoja przyszłość, kolekcjonowałam marzenia i czekałam na ich spełnienie. Teraz jednak dotarła do mnie gorzka prawda. Nie ma już czasu na plany – trzeba zacząć żyć. Planowałam, planowałam – i oto dzień dzisiejszy jest rezultatem tych moich nieudolnych planów. Co zrealizowałam to mam. Strach mnie ogarnia kiedy sobie pomyślę, że zapomniałam o realizacji planów i marzeń, oczekując na cud. Zdawało mi się, że każdy nowy plan jest lepszy od poprzedniego. Po co więc realizować to co jest tylko namiastką szczęścia? Teraz jednak wydaje mi się, że nawet tę lichą namiastkę przegapiłam. A może jednak to co mam, to jest właśnie szczęście.? Może ono właśnie tak wygląda, tylko ja go nie poznałam? Może to moje szczęście jest takiej jakiejś mizernej postury i nie rzuca się w oczy? Chodzi za mną krok w krok, wierne jak pies i tylko moje na zawsze. Prowadzi mnie przez życie, wskazuje drogę, rozjaśnia mrok. Cały czas było przy mnie, takie zwyczajne i malutkie, a ja patrzyłam cały czas wysoko przed siebie szukając wielkiego szczęścia, które nawet gdyby mnie nadepnęło to by mnie nie zauważyło. Muszę jakoś przeprosić to moje zaniedbywane maleństwo. Może mi wybaczy i zaczniemy w końcu żyć dniem dzisiejszym, nie planując. Co ma być to i tak będzie. Podobno przydarza nam się tylko to czego oczekujemy. Będzie dobrze. To moje szczęście może i niewielkie, ale z powodzeniem starczy mi go do końca życia. A jeżeli będę o nie dbała, to może nawet urośnie? ;-) Miłego, słonecznego i szczęśliwego dnia !